My kingdom… where no one can be but only me…

Dzieje się. I jednocześnie dzieje się nic. Taki paradoks (swoją drogą ostatnio bardzo modne słowo). Zaczął się kolejny semestr niekończących się studiów niczym (badziewna jak dla mnie) ‘niekończąca się opowieść’. Znowu te same twarze (gdybym był bloggerem to pewnie napisałbym coś w stylu ‘ryje’ albo ‘mordy’, ale nie rajcuje mnie takie pisanie), te same problemy, to samo zakłopotanie kiedy wszyscy coś rozumieją a ty siedzisz jak dupa za krzakiem i nie łapiesz o co kebab.

Po za uczelnią też dziwnie. Nie rozumiem tego co mnie otacza (dobrze, że nie jestem emo bo musiałbym ubierać się jak kretyn, zapuścić włosy i zmienić zastosowanie moich żyletek do golenia co byłoby straszną stratą – żyletek oczywiście), nie wiem co z sobą zrobić. Do tego dochodzą dziwne zmiany, np zacząłem słuchać ni z gruchy ni z pietruchy Rage against the machine, ot tak. Próbowałem odświeżyć swojego floga, po kilku godzinach kombinowania z html’em złapałem że to nie z designem problem tylko ze mną i moim brakiem weny na sensowne zdjęcia. Mam syf w pokoju który próbuję posprzątać od miesiąca i chyba m.in. dlatego mam syf w życiu. Itd, itd, itp… Takie właśnie mam dziwne i różne problemy-nie problemy w życiu.

Próbując to ogarnąć, zacząłem sezon serialowy, kontynuując to co wcześniej, zaczynając nowe i kończąc stare. Z kontynuacji to CSI: Miami które, co z przykrością stwierdzam, spadło jakością okropnie. Teraz mamy bajeczkę bez jakiejś wybijającej się fabuły, gdzie jest tylko podział na tych dobrych i złych. Kontynuuję także House MD, który może i pilot sezonu miał dobry, a nawet wyśmienity to niestety dalej już kiepawo. No bo ileż można oglądać tych samych żartów i numerów? Po za tym ludzie są już zmęczeni podchodami House’a i Cuddy, więc (och jej -.-’) wprowadzają element filozoficzny pt. ‘zabiłem tyrana z afryki – czy jestem ten zły czy dobry’. Dalej mamy Dextera, który pierwszym i drugim sezonem mnie ujął, trzecim zasmucił (jak można tak nudzić, a obecnym dał wiarę że jeszcze można coś z tego serialu wykrzesać. Californication – tutaj nic nowego być nie może, schemat Hanka uprawiającego sex każdą napotkaną kobietą i wpadania w kłopoty już się wypalił. Nuda.

Żeby się nie posiekać i jakoś wyżyć, natura wymyśliła nowości, które utrzymują psychikę na miejscu. Do najważniejszych (dla mnie oczywiście) należy Stargate Universe. Zacznijmy od tego że jestem wielkim fanem Battlestar Galactica, gdzie zachwycił mnie schemat filozofii przemiany człowieka, a nie walki, oraz sposób zdjęć całości i (sic!) muzyka. I SGU właśnie takie jest. Mamy przypadkowych ludzi, mamy statek i mamy wielkie zadupie. Przeżyjcie ze sobą. Fani SG-1 i SG-Atlantis zostali przyzwyczajeni do schematu gdzie są Ci fajni i niefajni których fajni muszą bić, no bo są niefajni… Przyzwyczaili się że większość odcinków kończy się happy endem. Przyzwyczaili się do tego, że mamy cuda technologii pradawnych które mimo upływu tysięcy lat wyglądają jakby kupili je dopiero co w media-markt. Przyzwyczaili się do elementu humoru Postaci takich jak O’Neil, Sheppard czy McKay. A tutaj mamy zupełnie co innego. Dramat ludzki, umiejętność przetrwania i przede wszystkim wiek całego sprzętu. ‘Destiny’ jest stara, zmęczona kosmosem i nieprzewidywalna, ale i opiekuńcza (ratuje lud co pięć minut). Widać ślady walk, widać zniszczenie poszczególnych sekcji. Ciemność w statku, specyficzny klimat. Seria stargate’a potrzebowała czegoś takiego, bo nie można w kółko robić tego samego. Ostatnie filmy SG-1 pokazały że już scenariusze się wypaliły.

To chyba na razie wszystko co dziś mój mózg (w sensie pająk Gienek) mógł ‘wyrzygać’. Pozostaje mi tylko znaleźć czegoś nowego co ruszy z powrotem moją wenę do floga, czegoś co sprawi że posprzątam i w pokoju i w życiu, czegoś co sprawi że to wróci na swoją ścieżkę i będzie dobrze. Nic dodać nic ująć. Ot, co.

Następna strona »