Długi weekend był jaki był jeśli idzie o warunki pogodowe. Fakt mogło być ładniej, ale nie ma co narzekać. Grunt, że mało padało. Chociaż dzięki temu, że w niedzielę spadł deszcz tu i ówdzie to mogłem odkryć coś o czym nie wiedziałem i w zasadzie można by cierpieć z tegoż powodu. Generalnie większych planów na tegoroczny długi weekend nie miałem. Początkowo. Bo wpewnym momencie wyszła inicjatywa z Krakowem. Zresztą od pewnego czasu mam okazję bywać tam częściej niż kiedykolwiek co uważam za dobrą okazję by zobaczyć to i owo. Dlatego na ten wyjazd w sumie mimo innych pobocznych okoliczności się ucieszyłem.
A wyjazd był owocny w materii zwiedzania okolic Krakowa. W święta które tam spędziłem miałem okazję zobaczyć sam Kraków i nic ponadto. A teraz mogłem zwiedzić bogate okolice. Wycieczkę zacząłem w Tyńcu, gdzie jest opactwo Benedyktynów w zabytkowym klasztorze. Budynek cały czas jest w renowacji, ale mimo to widać jego piękno. Kolejnym punktem były Niepołomice i mały zamek zbudowany za czasów Kazia niesłusznie zwanego Wielkim. Ze zdjęć umieszczonych na dziedzińcu muszę przyznać, że władze miasta odwalili kawał dobrej roboty w kwestii odbudowy tego obiektu. A ponieważ był to 3 maja to i się na atrakcje lokalne załapałem. Polecam zjeść szarlotkę na gorąco z lodami na rynku – wyśmienita i niedroga.
Dalej był Ojców i Pieskowa skała czyli maczuga Herkulesa oraz zamek w okolicy. Generalnie warto zobaczyć maczugę na żywo bo książki od geografii nie oddają rzeczywistości. Zresztą dla fanów szlaków turystycznych jest tam ciekawy teren łagodnego spacerowania w okolicy. Kolejnym punktem w moim zwiedzaniu było muzeum Czartoryskich w samym Krakowie. Tu przyznam, że na ten obiektem trzeba przeznaczyć cały dzień bo mimo niepozornego wyglądu kamienicy zbiór jest ogromny. Kolekcję szlacheckie i mnóstwo zabytków kultur starożytnych.
Dzień później odwiedziłem Nową Hutę, niegdyś miasto a obecnie dzielnicę Krakowa. Zapytacie pewnie ‘A po co?’ A dlatego, że miało to być szablonowe miasto towarzyszy za czasów PRL. Mimo upływu czasu i kilkunastoletniego kapitalizmu czuć tam jeszcze ducha towarzyszy z Moskwy. W centrum jest ciekaw mapka pokazująca ile z rzeczywistego projektu zrealizowane a ile nie. Nawet bar mleczny się ostał w jednym miejscu, gdzieniegdzie stare neony wiszą. Atmosfera niezwykła. Na końcu znajduje się Huta Sędzimira, obecnie wykupiona przez zagraniczną firmę metalurgiczną. Z pierwszego rzutu okiem wydaje się, że nie jest jakaś wielka, ale wystarczy pojechać kawałek w prawo od głównej bramy i widać jaki ogromny kompleks hutniczy stworzono. Siedem wielkich pieców odlewniczych! Oczywiście wielu z was nic to nie mówi. Później wybrałem się do zamku rodziny Lubomirskich w Nowym Wiśniczu. Obecnie w remoncie ale mimo to można zwiedzać. Nie dość, że zamek piękny to i pani przewodnik, młoda kobieta pełna uroku, opowiadała z pasją, piękną polszczyzną historię obiektu. Można słuchać w wieczność.
Ostatniego dnia rozpadało się. Z braku laku, jak to mówią, wybrałem się do muzeum Wyspiańskiego, gdzie jest ogromna wystawa jego życia oraz dwa pokoje z wystawą Feliksa ‘mannghi’ Jasieńskiego. Generalnie Wyspiański jak to Wyspiański nie ujął mnie w żaden sposób. Za to ta wydawałoby się duża ekspozycja Jasieńskiego zrobiła wrażenia. Facet który przed wojną próbował zainteresować Polskę kulturą Japońską. Podróżnik. Przywiózł wiele interesujących rzeczy składających się na zbiór kilku tysięcy obiektów kultury, z czego ok 6500 to rzeczy z samej Japonii! Ta wystawa w muzeum Wyspiańskiego to jest zaledwie wycinek tego co stworzył Jasieński. Co ciekawe jeżdżąc do centrum Krakowa często przejeżdżałem obok budynku Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej “Manggha” jakoś nie zwracałem większej uwagi po za faktem, że jego architektura przyciąga moje oko. Wiedziałem, że centrum zostało zbudowane przez Andrzeja Wajdę za jakąś jego nagrodę. Ale nie wnikałem w to. I to był błąd. Bo okazuje się, że Wajda mając lat 19 zafascynował się wystawą zbiorów Jasieńskiego. Dzięki temu, gdy wygrał nagrodę w Kioto, mógł zbudować to centrum w którym umieścił większość ze zbiorów Jasieńskiego. Centrum uzyskało nazwę od pseudonimu Feliksa – manngha. Wyraz jest pisany zgodnie z wymogą popularnego słowa manga, które jest dziś znane ze stylu rysowniczego, uważanego za wielu ludzi jako bzdurne, japońskie bajeczki dla dzieci z czym się absolutnie nie zgadzam. A, że od pewnego czasu moje zainteresowanie kulturą japońską wzrasta więc moje oko tym razem patrzy z uwagą na budynek tegoż centrum. Już teraz planuję, że podczas następnej wizyty w Krakowie przede wszystkim odwiedzę ‘mannghę’ i spędzę tam kilka godzin delektując się sztuką wprost z Japonii. A jak zarobię ten pierwszy milion albo wygram w totka to obowiązkowo jadę do kraju kwitnącej wiśni co by spełnić jedno z wielu moich marzeń! Ot co.
06
maj
Ostatnie komentarze