Jak się czujecie po świętach? Hmm? Bo ja umieram. A tak bardziej serio, to dorobiłem się grypy co jest zresztą tradycją jeśli chodzi o obecny okres. Dam wam dobrą radę: nie wyjeżdżajcie między świętami a nowym rokiem na narty… Chociaż jeśli się dobrze zastanowić to wyjeżdżajcie, ale nie róbcie tego za pomocą PKP…
Pytacie pewnie dlaczego? Zacznijmy od początku. Mój wyjazd formalnie miał być samochodem wraz ze znajomymi. Troszkę się jednak pozmieniało, o czym dowiedziałem się w święta. Dostałem informacje o podróży za pomocą PKP. No niby nic w tym dziwnego. Nie zdziwił mnie fakt spędzenia 10 godzin w przedziale w nocy. Nie takie się już rzeczy robiło. Obozy uczą, więc dam radę. Tyle, że zawsze jeździłem po nocach wynajętym przez mój hufiec wagonem, który był jaki był. Zły stan i wiek tłumaczyliśmy faktem wypożyczenia. I tak sobie na logikę wziąłem, że skoro to ma być normalne publiczne połączenie, to i jakość będzie na jego miarę. Nie brałem pod uwagę palaczy, pijaków oraz innych ‘fajnych’ grup społecznych…
Odjazd ze stacji Łódź-Kaliska o 23.53. Cóż, noc przecież nie jest po to żeby spać prawda? Zresztą to był drugi dzień świąt, więc i tak zamiast spać o tej pewnie bym cierpiał na wskutek przejedzenia świątecznego a mój żołądek pewnie byłby bliski eksplozji po karpiach, bigosach, keksach i innych smakołykach. Następną miłą informacją był fakt, ze pociąg, jak to mówią ziomale z mojej uczelni, „pogina” z Bydgoszczy (Kurcze, nawet mój spellchecker czepia się wyrazu „pogina”). Stoimy więc z moją znajomą oraz nowo poznanymi znajomymi na dworu. Podjeżdża nasza bryka prowadzona przez elektrycznego N-ileśtam (nie pamiętam konkretnej nazwy tej lokomotywy, ale ciekawskich odsyłam do google.pl). Wsiadamy pospiesznie. Ja tradycyjnie nie mieszczę się w drzwiach bo mój plecak okazał się być ciut za szeroki, do tego jeszcze zawadzam wszędzie nartami oraz torbą z żarciem którą mi mój rodzić wlepił co bym z głodu nie zszedł z tego świata. Wsiadając nie spojrzeliśmy na oznaczenia wagonu. Dzięki temu grupka 5 osób wsiadał do wagonu dla palących, a miejsc w innym już zabrakło. Pogodziliśmy się z tym faktem oraz charakterystycznym zapachem i usiedliśmy w przedziale wraz z panem Witoldem. Pan Witold okazał się barwną postacią kolejarskiej rodziny PKP. Jako były pracownik naszych jakże przewspaniałych linii torowych opowiedział nam kilka przecudownych i przeciekawych historii, jakich żaden kolejarz by się powstydził. Kiedy kolega Paweł wyciągnął zestaw do zapychania czasu, czyli karty do gry, to nasz współpodróżnik pan Witold postanowił się dołączyć. Odkryłem to ze zdziwieniem, bo stałem sobie na korytarzu i odbywałem rozmowę telefoniczną inhalując się papierosianym dymem rozpylanym przez wesoły przedział z winem w którym siedziała grupka nie potrafiąca zidentyfikować swoją płeć. Rzucił bym cytatem, ale nie wypada…
Kiedy niestety pan Witold musiał nas opuścić w Częstochowie ze względu na przesiadkę do Katowic, zaczęliśmy rozmowy na tematy wszelakie jakie wcześniej nie wypadało poruszać ze względu na obecność naszego starszego gościa. Koleżanka Klaudia w tym czasie zaczęła tworzyć tzw. „klimat”, więc była stosowna atmosfera. W okolicach godziny czwartej nad ranem kiedy ludziom puszczają już umysłowe hamulce, śmiech padał od byle słowa. Oczywiście były nie miłe momenty, takie jak chociażby ten w którym to pan konduktor służbista nie chciał wspomóc biednego studenta i, co najważniejsze, nie chciał poczęstować się serniczkiem! Wstyd!
Oczywiście PKP zapewniało rozrywkę nie tylko w przedziale ale także w innych miejscach naszego wagonu. Spójrzmy na taką toaletę pociągową. Niby nic takiego. A tu proszę, PKP (chyba z środków unijnych) stworzyło toaletę z lodowiskiem! Kurczę, tego to ja nawet za granicą nie widziałem. Chyba jesteśmy jedyni którzy mogą zagwarantować taką super rozrywkę… Oczywiście to nie było zwykłem lodowisko. To było lodowisko z fontanną. Frajda na całego.
Tuż przed dziesiątą rano zaczęliśmy się zastanawiać czy my jedziemy w dobrym kierunku bo przyjazd niby zaplanowany dziesiąta zero trzy, a tu jakoś nie widać żeby pociąg zamierzał się zatrzymać. Kiedy jednak się zatrzymał czekała na nas kolejna rozrywka w postaci „znajdź pana PKSa”. I wiecie co? Z dużym zdziwieniem stwierdzam, że nasze MPK, które od kilku lat nie zawodzi mnie pod względem bycia niekonsekwentnym , wymięka przy PKSie w Krynicy (tej w górach a nie tej nad morzem). Mimo tego, że jedziemy starym i sypiącym się ikarusem, to jedziemy i to punktualnie, po zaśnieżonych drogach… Dojechaliśmy, rozgościliśmy się. Potem narty, kilka imprez, spanie na szprotę, wiochmen rejser, rpg i wiele wiele innych fajnych przygód. Było tak wesoło, że w sylwestra już nam się nie chciało.
Pierwszego stycznia trzeba było wracać. Tym razem PKS zawiódł, bo tego dnia panowie kierowcy musieli sobie kaca spokojnie przespać. Dotarliśmy dzięki pomocy znajomych, którzy mają za co i do czego kupować benzynę. I tu się zaczęło znowu. Przede wszystkim najciekawsze jest to, że wracaliśmy tą samą trasą, ale uwaga uwaga… godzinę trzydzieści sześć minut dłużej! Jak pytałem panią konduktor, dlaczego to sama nie wiedziała. Było wesoło, było fajnie mimo braku pana Witolda i kilku innych osób które sobie postanowiły zaszpanować i wrócić samochodem. A było wesoło i fajnie do w drodze dołączyli do nas ludzie z SKPB (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich), którzy mimo zmęczenia (no bo kto o zdrowych zmysłach zimą biega po górach z kilku kilowym plecakiem?) tryskali humorem, szprotkami w sosie pomidorowym, krakowską suchą i scrable’ami. Serniczka niestety już nie było. Ale i pana konduktora służbisty też. PKP zresztą musiało chyba już zacząć noworoczne oszczędności bo nie dość, że nie było lodowiska to i o wodzie zapomnieli. Jedyną nową atrakcją, którą nam zapewnili to grupka „zmęczonych” przy toalecie, którzy nam śpiewali „jjjaaaa dziiiiiśśś nieeee wpuuuaaaamm dooo śśśśrroookaaa toooaaaleeeyyyy”. To musiał być jakiś radiowy hicior bo nie znałem go wcześniej a muzyki radiowej nie mam w zwyczaju słuchać.
Szczęśliwie dojechaliśmy około godziny czwartej nad ranem do naszej Łodzi, przywożąc ze sobą zimę za co przepraszamy tych którzy nie chcieli. Podróż na marne nie poszła bo grypka mnie jednak dorwała kilka dni później. Cóż… żeby się pocieszyć spojrzałem w kalendarz. I uśmiech znikł momentalnie. Sesja idzie. Krótko mówiąc studenci zaczynają sobie przypominać o tym, ze coś studiują. A bywa to bardzo bolesne przypomnienie. Zaczyna się maraton teinowy lub kofeinowy z notatkami, wykresami i tabelami. Zaczyna się poszukiwanie sposobów na nieuczenie. Zaczyna się straszny okres w którym tracimy chęci do żartu. Osobiście podziwiam tych którym się chce cały rok uczyć tak, że w sesji już mają wszystko zaliczone. Ja jestem leniwy tak jak wielu moich znajomych i nie jest na tyle zdolny by po każdym wykładzie usiąść nad notatkami (trzeba je jeszcze mieć…) i wkuć to co się przeczyta. Wiem wiem, wszystko zależy od tego czy człowiek chce to zaliczyć. Choć czasem jak patrzę na niektórych profesorów, doktorów i magistrów to myślę, że nawet jeśli się chce to i tak ktoś rzuci kłodę pod nogi…
Jedyne co mogę poradzić wam studentom to to, żebyście wrzucili na luz, nie stresowali się niepotrzebnie i żebyście w czasie nauki czasem robili sensowną przerwę na dobry film z czymś do podgryzania. Bo nie można w kółko czytać notatek. A jeśli udzielacie się w czymś poza uczelnianym i to was wykańcza to też zwolnijcie (tak tak, mówię do pani, pani redaktor!)…
Przy okazji życzę wszystkim którzy lubią mnie czytać, tym co nie też, dobrego i udanego 2008 roku, żebyście zawsze mieli uśmiech na twarzy i pogodę ducha w sobie.
Aż mi się smutno robi, że nie jechałam pociągiem…
żałuj, żałuj, bo było naprawdę fajnie
Może bym wtedy wyciągnęła od Ciebie pewną informację, której nie chcesz mi ujawnić
no wiesz, ty też nie chcesz ujawnić swojej, ale może może
No bo moja jest sekretną tajemnicą…
moja też, ale i tak już wszystko wiem
Pedro! Czemu się nie przyznajesz do swojej ukrytej, internetowej twórczości?
Pan Witold to spoko ziom, a historie Klaudii wymiatają.
Nam też nieco odbijało, ale myślę, że był to alternatywny sposób odreagowania zmęczenia.
Nie wiem jak Ty, ale ja od początku wiedziałam, że jadę pociągiem, dopiero potem sprawa zaczęła się komplikować. Chociaż i tak wyszliśmy na tym na lepiej!
Jakość pociągu wcale nie była zła, a lodowisko faktycznie było nie lada atrakcją
Nie zaszpanowałam powrotem samochodem, zwłaszcza, że na moim miejscu pewnie zrobiłbyś to samo
“w sylwestra już nam się nie chciało”… Podoba mi się jak to ująłeś. W końcu dla nas sylwester był już piątą imprezą z rzędu… I wcale nie najciekawszą…
Sesją się nie przejmuj. Nie pierwsza i nie ostatnia
Dzięki za wyjazd. I tak w ogóle dzięki też.
Twórczość? Eeee tam, żadna tam twórczość, zwykłe bazgroły (albo ‘bazygroły’ jak mawiał jeden znany kabaret). Ja się tą twoją komplikacją samochodową nie przejmuję, jedyne co mnie wkurza to te narty, ale ty dobrze o tym wiesz
Sesją się nie przejmuję, bo i tak będzie jak będzie. Bardziej mnie moja grypa wkurza.
Też dzięki za wyjazd, bo to ty mnie do niego namówiłaś. Też dzięki za kilka rozmów (za tą Mac’ową też
) na tematy różne i różniste (nawet te z naszą ulubiona znajomą ;P). Dodać mogę jedynie tyle : ziąą