Życie każdego z nas jest zazwyczaj tak zaprojektowane, by zdobywać i osiągać pewne cele, które albo ktoś nam stawia albo robimy to sami. Bardzo często, przy tym, zapominamy o sobie i swoich odczuciach i o uczuciach, czyli tej „duchowej” części nas samych. Żyjemy z dnia na dzień często nie myśląc o tym co będzie, a jeśli myślimy to zamartwiamy się. Co dzień zmagamy się z jakimiś problemami, od wielkich aż do małych prawie niedostrzegalnych. Zadajemy sobie trudne pytania na które nie potrafimy udzielić odpowiedzi. Ktoś niedawno mi powiedział, że jak nie ma odpowiedzi, to nie ma problemu. W pewnym sensie jest słuszny sposób na unikanie problemu jako takiego. Ale z doświadczenia wiem, że to wróci i będzie dalej wiercić dziury w głowie.
Z psychicznego i fizycznego punktu jesteśmy tak zbudowani, że zawsze będziemy szukać doznań, które będą stawiać nas na nogi, sprawiać, że szary dzień będzie słoneczny, że zaznamy szczęścia. Sęk w tym, że po pewnym czasie i stosownym bagażu doświadczeń wielu ludzi przekonuje się o tym, że to dobre samopoczucie to kwestia reakcji chemicznych naszego ciała oraz tego co w naszych głowach się dzieje. Oczywiście mnóstwo osób teraz się oburzy na to co ośmielam się obecnie stwierdzać. Przykładowo, spotykają się dwie osoby dwóch różnych płci, ich dalsze losy zależą od dwóch czynników: reakcji na odczucia fizyczne typu zapach i dotyk oraz reakcji umysłu na to co widzi wraz z odczuciami. I powiedzcie mi teraz gdzie tu miejsce na te słynne uczucia które są nieopisywalne? Wszystko jest do opisania.
Wiem, wiem, zanudzam, ale powyższy wywód leżał mi niczym pokarm pokonujący skręt na dwunastnicy. Brzmi to jak użalanie się nad sobą. Może tak, może nie.
Zmieńmy temat. Zaczyna się słynny wśród ludu studenckiego okres zwany sesją. Już od tygodnia widzę miny wśród studentów które wyglądają jak by zbliżał się koniec świata, czy może wielka zaraza, która wybije świata. Wiem, że nasi „ulubieni” naukowcy w tym okresie są chętni do tępienia naszych umysłów, uwalania na każdym kroku, ale ludzie! Bez paniki, przecież sesja to tylko okres zaliczeń. Prędzej czy później musi nastąpić ten okres. Nasze studia to nie tylko wieczne urwanie filmu przeplatane imprezowaniem czy porannym rzyganiem po imprezowaniu. Ja rozumiem, że wykłady to rzecz którą trzeba omijać wielkim łukiem, żeby nie zgłupieć. Ale istnieją notatki, herbata i dobra muzyka. Wystarczy przysiąść ze dwie do czterech nocy i materiał opanowany. Ja wiem, że pisząc to zaprzeczam studenckiej wspólnocie na rzecz krytykowania sesji. Ale nie mówcie, że to idiotyzm, że to debilizm. Od początku studiów wmawiają wam i mnie, że sesja była jest i będzie, tak jak święta, wakacje i poranny kac.
Dyskusyjną rzeczą może być forma sesji. Wiele osób idąc na studia uważa i, co bardziej prawdopodobne, wierzy, że czegoś się nauczy. Po dwóch latach z hakiem zastanawiam się na kiego grzyba potrzebna mi wiedza o temperaturze rozpuszczania austenitu, dyrektywie unijnej na temat sprzedaży własności czy o sposobach wyliczania umiejscowienia wlewów do formy piaskowej… Człowiek się łudzi, że to na coś przydatne. Ale wystarczy jedna albo dwie sesje, żeby złapać sens studiowania. My tam nie chodzimy po to, żeby wyjść dumnie jako przyszły inżynier, który nie będzie mógł znaleźć pracy bo nie zna piętnastu języków i mając dwadzieścia kilka lat nie posiada trzydziestoletniego doświadczenia zawodowego. Te godziny utrapień, nerwów i krytyki szkolących nas ludzi są po to, żeby nauczyć nas cholernego życia żebyśmy się nie zgubili po wyjściu z budynków naszych szkół wyższych. Po czymś takim będziemy niczym zahartowana stal. Co sesję, co egzamin i co zaliczenie przekonuję się, że bez cierpliwości nie da rady. Że bez okazywania szacunku ludziom których najchętniej powiesili byśmy i posiekali tasakiem też nie da rady. Uwalanie i udupianie nas przez nich to ich zawodowa pasja i zabawa na którą mają państwowe przyzwolenie.
Kiedyś zdenerwować i wyprowadzić mnie z równowagi nie było problemem. Teraz kiedy jest dzień w którym człowiek wie, że stanie się coś koszmarnego po czym zwątpi we wszystko w co dopiero uwierzył, jestem w stanie utrzymać się spokojnie przy ludziach. Wyjść, pożegnać się przy tym i dopiero gdy nikt nie widzi, puścić emocje na wolność. Niech się wykrzyczą i wyciszą. Wrócą potem i spokojnie pomyślą nad refleksją, którą opiszą na wordpressie…
Korzystając z okazji, że od czasu do czasu czyta moje wypociny parę osób, które odwiedzają mojego floga, chciałem podziękować wszystkim tym, którzy oddali na moją pseudofotograficzną twórczość SeseMeSowy głos. Być może dzięki wam ciut dłużej będę się łudził, że ten Nikon jest osiągalny. Dzięki raz jeszcze!
gdyby mi to powiedział / napisał nie – student popukałabym się w głowie i powiedziała, że co on może wiedziec o studiowaniu, ale jako, że napisałeś to Ty. to chyba jestem skłonna w to uwierzyć – w to co napisałeś
p.s. swoją drogą, co prawda dyrektywy są nudne, ale krawat w austenit, albo perlitowa łyżeczka robią wrażenie i tylko nie mów, że nie.
zwłaszcza jak G nie chodzi w krawacie 
w formy piaskowe, nie wiem, jak Ty, ale ja tam w pisku, czasem na plaży lubiłam się bawić
Za przeproszeniem, pierdolisz głupoty. Ale Ty wiedziałeś, że taka będzie moja reakcja, przez co pozbawiałeś mnie przynajmniej połowy frajdy.
Tak, to brzmi jak użalanie się nad sobą.
Bo czy to ważne czy szczęście jest chemią czy nie? Ważne, że w momencie, gdy je osiągamy czujemy się dobrze, tryskamy energią, stajemy się bardziej otwarci i potrafimy uśmiechnąć się do siebie w lustrze. Jeśli ktoś w takim momencie zaczyna się zastanawiać nad reakcjami chemicznymi zachodzącymi w organizmie, nie nazwałabym go szczęśliwym…
Życie z dnia na dzień wcale nie musi być czymś złym. Chodzi o to, że życie jest zbyt krótkie, żeby marnować je na ciągłe rozmyślania, planowania… Zwłaszcza, że tak naprawdę nigdy nie mamy pewności, chociażby co wydarzy się następnego dnia.
Może i wszystko jest do opisania, ale po co? Po co analizować, rozkładać na części pierwsze to, co czujemy i obdzierać to przez to z magii, tajemnicy…
O sesji pogadamy za rok, jak dostanę się na jakieś studia. Bo ze swoją maturą na horyzoncie podobno niewiele mam do powiedzenia. Przyzwyczaiłam się już do reakcji studentów typu “Czym się przejmujesz? Matura to pikuś! Poczekaj do pierwszej sesji…” Więc czekam. A tak naprawdę większość z nich zapomniałam już o tym, co czuła w moim wieku. I zapomnieli też, że dzięki wynikom matury są na takich, a nie innych studiach…