Święta, święta i po świętach. Ojojoj… działo się w tym roku. Po pierwsze dlatego, że nie w domu, a po drugie dlatego, że w Krakowie. Genialny pomysł moich rodziców co by „odpocząć od tradycyjnego rozmachu świątecznego”. A jak patrzę na to ich odpoczywanie, to wychodzi na to, że więcej się narobili niż w zwykłe święta.
Nie no, fajnie, miałem okazję zobaczyć to i owo itd. Ale kurcze teraz? Przecież ja jestem w połowie ósmego sezonu Stargate SG1, przecież na moim dysku czekają jeszcze trzy inne seriale na obejrzenie? Wiem, wiem, to brzmi jak u maniaka serialowego z objawami narkomanii. Mniejsza o to zresztą, każdy przecież ma swoje chwilowe uzależnienia.
Zabawa zaczęła się w pod koniec wielkiego tygodnia kiedy to mój rodzić płci kobiecej oglądając entą z kolei prognozę pogody zastanawiał się czy warto jechać danego dnia. Dwie godziny później siedziałem w samochodzie w próbie rozwiązania problemu pt. „którą płytkę z muzykę wcisnąć do samochodowego CD playera”. A zapewniam, że problem jest poważny biorąc pod uwagę fakt kto i jak prowadzi samochód. Przez kolejne trzy godziny słuchając na przemian Diany Krall i pytań mojej mamy „czy na tym odcinku na pewno nie ma fotoradarów?” zastanawiałem się czy istnieje sprawiedliwość ludzka względem stwierdzenia „dajcie mi spokojnie się wyspać w tym cholernym samochodzie”… Oczywiście miałem też do dyspozycji rozważania innej kwestii, np „wytłumacz mamie, że jeśli jedzie 80 km/h na drodze szybkiego ruchu (gdzie można popylać do 110 km/h) to nie złapie ją żaden fotoradar” albo „tak mamo trzęście bo aerodynamika samochodu przewiduje używanie go w mieście”.
Autostrada. Takie magiczne słowo w naszym kraju. A jednak coś istnieje. Miałem okazję stwierdzić to aż dwa razy. Raz pod Łodzią tuż za Tuszynem. Tyle, że kiedy się połapałem, że to autostrada, to się skoczyła. Drugi raz przed Krakowem, tam od razu załapałem, bo na wjeździe płacić trzeba 6,50. Dwa razy. A potem sobie za te 13 złocistych 64 km popylasz… Następnie „Witamy w Krakowie” i koreczek na drodze. Nie no super… na trzygodzinną drogę jakieś 20 minut to sa autostrady. Serdecznie pozdrawiam obecnego ministra infrastruktury czy kto tam się tym zajmuje i życzę szczęście na drodze do 2012 roku…
No dobra, jak już dojechałem to trzeba było coś robić. No po za tradycyjnym obżarstwem, którego notabene miało nie być był Wawel. Fajna sprawa, dużo do fotografowania, a lubię sobie z aparatem poszaleć. Sęk w tym, że jak tylko wlazłem na dziedziniec to odkryłem piękny zakaz fotografowania w środku. Do tego jeszcze musiałem trzy razy maszerować przez bramkę wykrywacza metali oraz obnażać do gołego torbę aparatem. Cóż to za fascynująca praca przy przeglądania ludziom toreb i plecaków. Że już nie wspomnę o tych turystach którzy tylko czas tracą na to szukanie terrorystów wśród nich. No bo przecież aparat to bomba a w gaciach mam zapalnik czasowy…
Mimo wszystko dobrze jest choć raz zwiedzić zamek, zobaczyć ile nasi europejscy sąsiedzi pokradli nam zabytków, dowiedzieć się, że korony królewskie koronacyjny od kilku stuleci nie istnieją bo któryś z kolei najeźdźcy przetopili je na kufle i kielony co by mieć z czego pić. Co prawda dumnie wygląda zbrojownia w której człowiek odkrywa, że nasz prosty średniowieczny chłop potrafił ze swojego cepa zrobić niezłą broń. Co do szlachty, to panowie już nie byli tacy wymyślni pod względem wypruwania flaków z wroga. Tradycyjne mieli miecz i sztylet do dobijania. Zmieniała się tylko moda zdobnicza.
Następnym punktem rozrywek był poniedziałek wielkanocny czyli popularny dyngus. Z wielkim bólem stwierdziłem w niedzielę, że nie zabrałem swojego świeżo opracowanego narzędzia zbrodni, czyli butelki po szamponie w której wyprofilowałem otwór co by woda leciała jednym prostym uderzeniem w konkretnej ilości w konkretnym celu. Ale nie wolno się poddawać. Po odkryciu pustej butelki w kuchni oraz kompletu wierteł modelarskich taty zabrałem się do roboty efektem której była stosowna broń o pojemności 1,5 litra z zasięgiem ok 3 metrów. Krótko mówiąc rano kiedy mój brat próbował mnie przez godzinę podejść nie miał jak.
Kraków jest ciekawy. Ma naprawdę dużo miejsc do obejrzenia i drugie tyle do spacerowania. Polecam. Ale nie w pogodę zmienną gdzie raz świeci słońce a za chwilę mamy zadymkę śnieżną… Po siedmiu dniach wróciłem do domu, odkrywając, że komuś zapomniało się włączyć ogrzewanie, przez co kilka godzin musiałem spędzić w temperaturach arktycznych. A że pokój mam na poddaszu na którym prawa fizyki działają odwrotnie czyli ciepło zamiast się unosić w górę u mnie opada…
Pewnie Ci z was co czytają pytają o co mi kebab w tym sensie wordpressowanie o którym piszę w tytule. A no o to, że ostatnio od dłuższego czasu nie piszę tu. Powodów jest wiele. Po pierwsze czytających mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Po drugie moje teksty nawet mnie się nie podobają. Po trzecie wordpress nie jest tym co wyraża mnie, gdzie chcę się wam obnażyć, gdzie chcę coś zrobić dla siebie, dla swojej satysfakcji. Takim miejscem jest mój fotolog (link po prawej). Ale dziś przy rozwodnionym trunku piwnym znajoma pewna (jedna z tych co się zalicza do tej skromnej grupy czytających) uwiesiła się, że nie piszę. Nie wiem czy będę pisał. Może tak może nie. Mamy ponoć wolny kraj to mi wolno nie pisać. Zresztą nigdy nie mam pewności, że moje dwa zardzewiałe kołowrotki coś wymodzą, coś będzie zrozumiałe.
Na tym kończę ten kolejny wywód moich żali. Co z tego wyszło pozostawiam wam. A co o tym sądzicie to już wasz zakichany problem
Ole!
Ty narzekasz, że porzuciłeś seriale na tydzień? Ja swoich “narkotyków” nie widziałam już od kilku miesięcy. Tylko CSI mi pozostało
Autostradą jechałam dwa razy. Nie wiem która to. Wiem, że odcinek Konin-Łódź. Za pierwszym razem ten fakt przespałam. Za drugim fascynowałam się oświetleniem wiaduktów
A na rozwodnione trunki więcej chodzić nie będziemy! A to dlatego, że w odkryłam, że gdzie indziej są lepsze, nierozwodnione