Archiwum dla styczeń, 2009

sesja? phi, też mi coś…

Wiem, że tytuł brzmi jak u kujona, ale żeby było jasne – nie jestem kujonem, a moje olewawcze podejście w tej materii wyjaśnia tą sprawę raz na zawsze. Mniej lub bardziej olewawcze… W każdym razie nastąpił ten piękny okres kiedy to mnóstwo studentów, studenciaków oraz kujonów przystępuje do wygryzania kartek w notatkach, zajadania się ołówkami oraz chlania kawy i innych kofeinowych środków na litry. I ja się temu dziwię. No bo po kiego grzyba to? Ja wiem, że to już moja kolejna sesja nie ma co się stresować, ale zapewniam was, że podczas pierwszej z kumplem zrywaliśmy boki gdy nie zaliczaliśmy przedmiotów w pierwszych terminach.

U mnie te cztery tygodnie (dwa sesji + jeden poprawki, ten między jako ferie się nie liczy) wyglądają tak: kiedy już zbiorę terminy ustalam sobie co warto w pierwszej kolejności zaliczyć, a co odstawić na później, jak na razie ten sposób mnie nie zawiódł. Owszem jestem nie wyspany, owszem piję herbatę na litry (że o jej wysikiwaniu już nie wspomnę), ale nie siedzę przerażony faktem, że mnie wychromolą ze studiów bo czegoś nie zaliczę. Istnieje coś takiego jak warunek w razie czego, ale nie można zakładać od razu na początku oblanie sesji.
Do tego całego bigosu emocjonalnego (sorry futrzak za skojarzenie :P ) mamy pogodę rodem z Anglii kiedy spadnie śnieg sprawiając, że lokalni myślą o końcu świata.
Mnie do szczęścia co by się nie załamać wystarczy dobra muzyka ino może coś do pochrupania. Oczywiście o stosownych spotkaniach i telefonach nie wspomnę bo to oczywiste! Po za tym po sesji po za tym co najważniejsze czeka mnie spora porcja nowo odkrytego anime do obejrzenia.

Zmieniając temat, bo ile można pisać o tym samym, mogę się wam dumnie pochwalić, że wreszcie załapałem jak obsługiwać nitkę dentystyczną… Wam to się pewnie wydaje, że to takie proste, włóż między zęby i przesuwaj. A tu się okazuje, że trzeba całą strategię wciskania nitki opracować, a potem kolejną na specyficzny ruch co by sobie dziąseł nie załatwić. To teraz oprócz dawania nauk jako niedoszły mnich buddyjski mogę udzielać ich z nitkologii stomatologicznej ogólnej. A propos stomatologii, niektórzy mi od czasu do czasu powtarzają, że jest coś we mnie z dziecka, to okazuje się, iż nie wynika to tylkoz faktu bycia porąbanym oraz oglądania anime, ale z dlatego że w wieku 22 lat mam… mleczaka! Tak, byłem u trzech różnych dentystów i każdy (no może ten drugi był niekumaty trochę) to potwierdził. O!

Swoją drogą dzisiejsza stomatologia publiczna jest straszna. Jakiś czas temu zagryzając się pysznymi krakersikami ryżowymi owiniętymi w liście nori (polecam) poczułem w pewnym momencie, że coś chrupnęło bardziej niż zwykle. Okazało się, że moja szóstka która i tak już była 9 lat temu plombowana nie wytrzymała i postanowiła sobie pęknąć. W dosyć upierdliwy sposób bo pęknięty kawałem (1/3 zęba) została w miejscu ruszając się upierdliwie i zbierając w środek zęba wszystko co jem. Ponieważ była to sobota więc o lekarzu mowy nie było. W tygodniu udałem się do dentysty z miną męczennika i z wielką skruchą przyznałem się o swoich zaniedbaniach w kwestii wizyt (moja ostatnia była właśnie 9 lat temu). Dentystka powiedziała z rozbrajającą szczerością ‘to pan zacznie chodzić’. Po krótkich oględzinach i stwierdzeniu jak bardzo tragicznie mam w buzi usłyszałem werdykt ‘ja panu tego nie dam rady naprawić’. Zostałem więc skierowany do instytutu stomatologii gdzie moją kochaną połówkę kroili okropnie przy wycinaniu upierdliwego zęba.
Moje dotychczasowe, rzadkie bo rzadkie, wizyty trwały max 40 minut. W instytucie spędziłem ponad 5 godzin… A było tak:
Najpierw spędziłem mnóstwo czasu obserwując jak przyjmuje się ludzi po znajomości zlewając wszystkich którzy dostają czegoś od oczekiwania i bólu w buzi. Następnie, kiedy dostąpiłem zaszczytu posadzenia zadka na fotelu tortur, dwójka studenciaków z depresją obejrzała mnie w izbie przyjęć zastanawiając się pół godziny czy to coś to ząb czy brontozaur z mezozoiku. W trakcie wezwali jakąś ichniejszą panią doktor (czytaj: naukowca który przyjdzie ich ochrzanić), bo kiedy doszli mojego mleczaka to się zgubili. Potem z karteczką co mi jest (spryciarze łaciną pisali żeby mnie – głupka zmylić, iż wyrok śmierci na mnie czeka) wysłali mnie do chirurga, gdzie zostałem wiele razy odesłany z powrotem do izby przyjęć bo cholerne studenciaki zapomniały czegoś wpisać. Oczywiście super hiper ważna pani pielęgniarka nie mogła mi o wszystkim od razu powiedzieć tylko stopniowo dawkowała mi braki w kartce. Gdy już zdyszany, bo to były dwa różne poziomy, uzyskałem wszystkie zgody ministerstwa do spraw tortury stomatologicznej, poinformowano mnie, że właściwie to muszę poczekać, bo teraz trzeba odkazić salę. Przyjmą mnie za 30 minut. półtorej godziny później obserwowałem swojego przyszłego oprawcę podrywającego studentkę-asystentkę przed drzwiami chirurgii. Kiedy wielka rada torturujących łaskawie mnie przyjęła, musiałem złożyć kolejne oświadczenie co mi jest oraz wytłumaczyć ‘tak, do cholery, to jest mleczak’. Oczywiście brzmiało to mniej więcej ‘ak, o oeły, o echt eak”. Następnie kiedy ulubiona asystentka straciła przytomność (pewnie zmęczona po egzaminach u pana chirurga bidulka była…), mój oprawca wbił mi igłę w podniebienie aż do mózgu zalewając znieczuleniem pajonka Gienka. Kiedy poczułem kartofla w buzi wyciągnął mi złamany kawałek po czym zdziwiony patrzył jak mi tryska krew z dziąsła, mówią krótko ‘ojej’. Kiedy już skończył, zostałem odesłany do poradni endodoncji (oczywiście na innym piętrze) gdzie usłyszałem (a był to grudzień) ‘hmm 22 stycznia najwcześniej, pasuje panu?’. Zapytałem, a co w takim razie z tą dziurą co mi teraz się wietrzy po tym kawałku co go kilka godzin wyjmowaliście? Kazała mi iść do izby przyjęć… Nie, nie, nie!
Zanim jednak to zrobiłem usłyszałem ile mnie może przyjemność leczenia kosztować i trwać. Otóż leczyć trzeba wszystkie trzy kanały, czyli minimum trzy wizyty, każda za dwie stówki, po czym jeśli wszystko się uda to mogę iść na protetykę gdzie mnie obrobią z czterech stówek za kawałek sztucznego zęba. Oczywiście co mogli to zrefundowali. Tylko co?…
No cóż, zgodziłem się i poszedłem złamany do izby przyjęć, gdzie po kolejnej godzinie usłyszałem, że zalepią mi tą dziurę jutro.
Następnego dnia spędziłem kolejnych kilka godzin obserwując lekarza, który ma mnie przyjąć, przechadzającego się przed moim nosem z nudy. Oczywiście oficjalnie był okropnie zajęty. Kiedy już mnie przyjął, wizyta trwała 15 sekund… Trzy dni później zalepienie mi wypadło omal nie dusząc przy piciu tymbarka.
Poszedłem więc w styczniu już do prywatnego dentysty gdzie facet od razu mi powiedział, że zalepić trzeba dziurę na jakiś czas bo infekcja i krzywe dziąsło, a potem zalepimy jakimś czymś, dzięki czemu obejdzie się bez zbędnego leczenia. Całość kosztować ma mnie niecałe dwieście złotych… Wizyta za tydzień.

I powiedzcie mi, po co mam się przejmować sesją kiedy mnie tu dentyści torturują?…

Następna strona »